Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janiszew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janiszew. Pokaż wszystkie posty

27.03.2017

Szosówką po lesie (27.03.2017)


Jednak przychodzą chwile, gdy tęskni się za bezdrożami bez asfaltu... Wjazd w las nie na górskim, przełajówce, gravelu czy innym wynalazku, lecz na ulubionej kolarzówce, też może się udać. Oczywiście w granicach rozsądku, przy łaskawości ubitego piachu i mniej rozciapanego błota. Miły, choć trochę chłodny wypad.

M.

(27 marca 2017 / szosa)

 

  

 

 

14.02.2016

Zwykle luty ostro kuty (14.02.2016)


Walentynkowa szosa, czyli zmarznięcie w imię miłości do kolarstwa. Było zimno, jest cieplej, ale nogi zdrętwiały. Pora na upał.


M.

(14.02.2016 / szosa)





12.05.2014

66 koma 6, a diabli nadali deszcz (12.05.2014)



PROLOG

We trzech i po trzykroć doskonała wyprawa, której początek zapowiadał się źle. W drodze pod las, o umówionej godzinie 17'10 (o dziwo spóźniłem się nie więcej niż cztery minuty) złapał mnie deszcz padający z pozoru nieśmiało, a jednak stanowczo i równomiernie. Stanąłem na światłach, i patrząc w niebo, pocieszałem się myślą, że pewnie za chwilę przejdzie. Już na miejscu, witając skryte pod opiekuńczym płaszczem świętego gaju uśmiechnięte oblicza Karola i Przemka, czułem się podejrzanie mokry, ale dałem sobie słowo, że nie będę marudził.

Po tradycyjnej, krótkiej naradzie, wysłuchaliśmy zabawnego odkrycia z kręgu narodowego disco, dosadnie skomentowaliśmy smutną pogodę i taką też aurę piosenki, po czym ruszyliśmy w drogę.

Karol i Przemek

WALKA

Przejechaliśmy przez Las Kapturski, cały czas rozmyślając nad szczegółami trasy. Zdążyliśmy otrzeć już łzy ze wzruszonych przed chwilą oczu, więc bez ociągania się nabraliśmy tempa i znaleźliśmy się na asfalcie. Nie minęło nawet pięć minut, gdy nagle zerwał się wiatr, a z chmur runęła ulewa.

Miałem zaszczyt prowadzić "peleton", i co tu ukrywać... rozpierała mnie duma! Przyspieszałem w największych spazmach wichury. Nie bacząc na ból w nierozgrzanych udach, brałem w posiadanie podjazdy, Wiodłem przemokniętych kolegów na zatracenie. W tych chwilach, gdy tryskające spod kół strumienie wody i błota pozwalały na trzeźwą ocenę szans walki z żywiołem, na tle poczerniałych plam lasu dostrzegałem szyderczy taniec ulewy. Deszcz poddał się podmuchom Eola i płynął ku nam niemal poziomo. Strącany z niebios skręcał, by chłostać jeszcze dotkliwiej. Koszmar.

Karol zwierzył się później, że w pewnej chwili chciał krzyczeć, wyć wręcz – przeszywać kaprys natury werbalnym, napiętym jak linka od przerzutki, sprzeciwem. Nie zwolnił jednak ani on, ani nikt z dzielnej trójki. Jechaliśmy aż do pierwszego przebłysku słońca, nawet nie ważąc się przerwać brutalnie narzuconego rytmu. Byliśmy niezwyciężeni.
  

PRZEŚWIT

A oto i uśmiech bóstw – najprawdziwsza Tęcza wita wspaniałych kolarzy (ta naturalnie piękna, z garncem bogactw strzeżonym przez skrzaty na krańcach). Oto i Słońce wybiega im na spotkanie jak wdzięczna niewiasta po dniach rozłąki ze swym ukochanym.



EPILOG

Wyprawa ze wszech miar udana, wymagająca i pełna wielu rekordów wytrzymałości. A ja zamykam się już, bo czas odpocząć. Z pozdrowieniami dla towarzyszy ramy i wszystkich czytających te słowa.

M.

(12.05.2014 / Karol, Przemek, Marcin / mtb / 66,6 km)

PS Stan licznika w tych szatańskich warunkach (na serio): 66,6 km. Większość fotografii M., a pięć ostatnich K.


Przejaśnienie
Grzyb Karola
Przed siebie
Karol i Przemek
Koło Karola
Koło Przemysława
 Udo Marcina
Karol i Przemek
Przemysław rozmazany
Przemek i Marcin rozmazani jak diabli
Marcin rozmazany
Przykład ucieczki Marcina
Jeszcze wspanialsza ucieczka (z butelką i grzybem w kieszeni)