Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taczów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taczów. Pokaż wszystkie posty

9.08.2017

Cmentarz żydowski w Przytyku (09.08.2017)



Wczoraj śmignąłem samotnie w okolice Radomki, a dzisiaj, po dwutygodniowej, koleżeńskiej separacji, nasze drogi się zeszły. Oczywiście na kolarzówkach, a konkretnie w drodze, którą planowałem od kilku dni: na zapomniany kirkut, czyli żydowski cmentarz. Wiedziałem mniej więcej, gdzie jest, że jest „nieczynny” (słowo z jakiegoś opisu), i to w zasadzie wszystko. Postanowiłem nie psuć sobie niespodzianki. Wyobrażałem sobie dosłownie trzy nagrobki (w żydowskiej sztuce sepulkralnej stele nagrobne to macewy). 

 

Jakże obydwaj byliśmy zdziwieni, gdy na miejscu okazało się, że tych grobów jest kilkadziesiąt. Tych w lepszym stanie mniej, ale co ciekawe, najstarszy z zachowanych pochodzi z roku 1770! Cmentarz założono w wieku XVII, co jest ewenementem nie tylko na tych terenach. Zadziwia też fakt, że mimo zniszczeń podczas II wojny światowej, zachowało się kilkanaście macew (dostępne opisy podają liczbę trzydziestu – wg mnie już nieaktualną). Pozostałe to jedynie resztki wystające z ziemi, lecz są tam miejsca, gdzie widać ich całe rzędy. Dwieście lat temu była i brama, a dziś jest zardzewiały, brzydki płot, w dodatku tylko od frontu i z lewej strony. Furtkę skradziono, a las, z który wdarł się w tę nekropolię, łączy się z nią do tego stopnia, że tak naprawdę nie widać już żadnej granicy pomiędzy borem, a miejscem pochówku ludzi wyznania mojżeszowego. Kiedyś także tych, którzy pochodzili z Radomia.

 

Jestem mocno zdziwiony. Tak oryginalne miejsce odnalazłem szperając samodzielnie w tych tematach, które mnie interesują – przenigdy nie usłyszałem ani słowa o tym cmentarzu w żadnej szkółce ani nigdzie indziej. I druga sprawa... trochę pod prąd, ale... W kraju, w którym co drugi dzień organizuje się dni, miesiące, lata, stulecia i tysiąclecia kultury żydowskiej, w którym powstają specjalne muzea, a powiedzenie czegokolwiek negatywnego o Żydach wiąże się z oskarżeniem o antysemityzm, karą grzywny, a nawet więzienia, nikt nie ratuje takich zabytków. Gdzie są ci wszyscy, którzy tak mocno angażują się w bój o męczeńską historię, o nazwy, odszkodowania, miejsca kaźni, miejsca pamięci i zwykłe mieszkania?

 

 

 

 

W tym lesie ich nie widziałem. Poza jedną przelatującą ważką, puszką po piwie rzuconą przez jakąś śmiecącą łachudrę i kamieniami na kilku macewach – śladach czyichś odwiedzin i spełnieniu przykazania dotyczącego wyznających Torę – nie było tam nikogo. I raczej nie będzie. Tym bardziej, że ta kultura nie przykłada większej wagi do miejsc pochówku. Chociaż tak patrząc na inne miejsca, to czasem widzę w tym wszystkim wielką niekonsekwencję. Mniejsza z tym, nie mnie oceniać.

Jeszcze krótko o trasie. Śmiesznie, serdecznie, ale tak cholernie gorąco, że czuło się smród olejów latami zakraplanych w asfalt. Przygoda z lodem (będzie film), setki kaczek, dwa zalewy (Jagodne i Domaniów) oraz szatański wynik kilometrów. Piekielna pogoda wypaliła swój ślad na liczniku, a nogom też dołożyła, ile mogła.


M.

PS Warto zwrócić uwagę na zdjęcie podwójnej macewy: ojca i syna.

(9 sierpnia 2017 / Marcin i Karol / szosa / 67 km)


 

 

 

  


  

INNE MIEJSCA, INNY NASTRÓJ:



Trasa proponowana przez GPS...
na góralach byłoby dobrze, ale nie żałujemy


Jagodne

Jagodne


Setki kaczek




Taczów i 0% w lubianym sklepiku

M i K

24.05.2015

Muzeum Pożarnictwa w Dąbrówce Podłężnej (24.05.2015)


Przyznam, że mimo tego, iż Dąbrówka Podłężna (oraz wiele innych Dąbrówek) znajduje się bardzo blisko Radomia, w dodatku na lubianym przeze mnie odcinku (mały ruch, ładne widoki, mnóstwo dróg do wyboru i świetne miejsca np. wtedy, gdy brak czasu, a ma się ochotę wyskoczyć na szybkie, wieczorne 30-50 km), to jednak nie miałem pojęcia, co tam powstało. Jakież było moje zdziwienie, gdy po ponad rocznej niebytności w tych okolicach, ukazała się nam strażacka wieża widokowa. 


Teraz, już po krótkiej lekturze internetowej prasy, znam zagadkową datę powstania i otwarcia tego miejsca. Otóż Muzeum Pożarnictwa w Dąbrówce Podłężnej udostępniono do zwiedzania 8 listopada 2014 r., a więc jest to inwestycja świeża i zapewne ciesząca oczy nie tylko mieszkańców tej miejscowości. Całość znajduje się obok jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej z bogatymi tradycjami, albowiem funkcjonującej od roku 1930.

Kilka zabytkowych pomp (część w oszklonej, zamkniętej części, gdzie znajdują się także hełmy, trąbki, odznaczenia) i wreszcie to, co najważniejsze: trzy stare, rzeczywiste wozy strażackie. Otwarte, proszące o to, by wejść i przez chwilę wyobrazić sobie, jak to jest być strażakiem lub jeszcze lepiej – jak to było nim być w czasach nie tak dalekich, ale odległych technologicznie.

Po obowiązkowym przyjrzeniu się ciężarówkom i poczciwemu Żukowi, naprawdę warto wdrapać się na szczyt wieży obserwacyjnej i spojrzeć na okolicę z innej perspektywy.

Całość naszej przejażdżki obejmowała również zupełnie rozpadające się hale z postu Fabryka, a także zawsze przyjazny Taczów.

M.

(24.05.2015 / Marcin i Eryk / mtb)

FABRYKA:





TACZÓW:





Muzeum Pożarnictwa:












9.08.2014

Ślimakiem do Jastrzębia (09.08.2014)



Tego dnia nie mogłem stawić się w porę na miejscu zbiórki. Mając przed sobą perspektywę pogoni Karola i Bartka z prawie godzinną stratą, dałem sobie spokój (nawet mimo ich obietnicy czekania gdzieś na mnie) i porzuciłem rowerowe zapędy.


I prawdopodobnie zmarnowałbym wolny dzień, siedząc wtopiony w ponure myśli jak czopek w ciemne odmęty czyjegoś tyłka, gdyby nie jeszcze jedna próba skontaktowania się ze mną, podjęta przez Pana Trenera. Ekspedycja, w której nie wziąłem udziału, wracała już z pierwszej, wcale nie krótkiej części wyprawy (Radom-Domaniów), a ja zacząłem szykować się do krótkiej (w zamyśle) drogi. W opisywanym kiedyś Taczewie znalazłem się po dziewiętnastu minutach, ciesząc się z dużej poprawy czasu na tym lubianym przeze mnie odcinku.

Spotkanie z Karolem i Bartkiem przerodziło się w miniaturowy piknik w towarzystwie dwóch przytwierdzonych do drewnianego stolika piwoszy. Oprócz nich znajdował się tam żywy, ale poziomy baner reklamowy sklepu – wprasowany trunkami w trawiastą otoczkę sklepu jegomość. W połowie dyskusji ze wspomnianymi panami na temat Tour de Pologne i popołudniowej czasówki Rafała Majki, sielankowa scena, wraz z przyjściem starszej kobiety, matki odpoczywającego na trawie, dobiegła końca. Krzykami: "Niewstydnik! Jak można było aż tak się uchlać?", zburzyła zarówno senne rozmowy, jak i chwile relaksu swej dorosłej pociechy. Odkleiliśmy pośladki z ławek i miarowym tempem dopłynęliśmy do jednej z dzielnic Radomia, gdzie przyszło nam pożegnać się ze spieszącym na ważne spotkanie Bartkiem.



Rozpoczęliśmy trzeci (a dla mnie drugi) etap dnia. Objechaliśmy budowaną z mozołem obwodnicę, na Potkanowie przystanęliśmy przy interesującej, wielokątnej wieży ciśnień, a zaraz potem znaleźliśmy się we wsi Kowala (nawiasem mówiąc wspomniana wieża została zbudowana podczas II wojny światowej przez Niemców, a jeszcze starsza, bo z roku 1926, znajduje się przy ul. Słowackiego i jej twórcami są Amerykanie).

 


W Kowali zachwyciły nas fragmenty iście dzikiego lasu z ogromem ścieżek i przypominającym piaskową babkę kopcem, datowanym na wiek XIII. Zjeżdżając zeń, patrzyłem na rów wokół (jakby po fosie) i myślałem o istniejącym tu ponad siedemset lat temu grodzie, z rycerstwem przechodzącym tą samą drogą, którą mknąłem teraz na aluminiowym rumaku. Nie przypuszczałem też, że za kilka dni znów znajdę się na tym wierzchołku, lecz w sytuacji dość krępującej.


Rozsądek podpowiadał, by wracać, natomiast instynkt wybrał kierunki nowe, z punktami na tyle odległymi od domów, że od pewnego momentu na niektórych wzniesieniach zaczęły być dostrzegalne zarysy Gór Świętokrzyskich. Dalekich i pięknych skośnymi liniami jak oczy kobiet z innych stron ziemskiej kuli.



Za punkt honoru obraliśmy sobie Jastrząb i odtąd wszystko nas bawiło. Nawet to, że robi się coraz bardziej pod górę, a my błądzimy (gdy było z górki, linie mojego zjazdu i drogi pospiesznego pociągu przecięły się w hipotetycznym punkcie zderzenia, lecz maszynista przeraźliwym gwizdem lokomotywy przypomniał mi o swoim pierwszeństwie na niestrzeżonym przejeździe). Pytaliśmy o drogę, a ludzie w wielokilometrowych odstępach odpowiadali: "Prosto, a potem w prawo". Doszło nawet do tego, że Karol zagadnął jakąś rodzinę: "Dzień dobry. Do Jastrzębia to prosto, a potem w prawo?", na co usłyszał konkretną, męską odpowiedź: "Tak". Zacząłem wyobrażać sobie, że pędzimy po wielkim, namalowanym ręką olbrzymiego dziecka ślimaku, gdy nagle spiralny szlak wyraźnie zbliżył się do swego centrum.

Kiedyś zgubiłem się w lasach wokół Szklarskiej Poręby. Napotkana wtedy, zakapturzona postać z kosturem w ręku, szepnęła, bym trzymał się tylko lewej strony, a trafię. Błądziłem jednak dalej. I wtedy, i tu, punktem odniesienia stał się kościół widziany z oddali, górujący nad resztą widoków niczym kapłan nad prostym ludem w wiekach nie tylko średnich. Ów kościół wyróżniał się na tle krajobrazu ciekawą, dawną formą, z murem masywnym jak w zamku. Pierwotny, drewniany spłonął, a ten stoi już od roku 1677 i stanowi przykład sakralnej budowli wzniesionej w tak uwielbianym przeze mnie (w muzyce) baroku. Byliśmy na miejscu.


 

 


Zwiedziliśmy jeszcze stary, właśnie remontowany dworzec kolejowy i objechaliśmy naprawdę niemały zalew. Szczególnie spodobała mi się jego dalsza część, z dala od plażowiczów, a bliżej wędkarzy. Zachód słońca dodawał uroku wodzie, zaroślom i błyskał refleksami również na szprychach kół pędzących już w stronę domów. 

 

 

 

 

 

 


Powrót krajową siódemką, z imponujących rozmiarów "wizerunkiem" (w naszym żargonie penisem, ale za długo by opowiadać, dlaczego) powstałym ze smug kondensacyjnych. Jego nieobyczajny, dostrzeżony przez Karola kształt, a także inne miejsca, do obejrzenia na zdjęciach.

Marcin

(09.08.2014 / K. i M. / mtb / 131 km)