Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szydłowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szydłowiec. Pokaż wszystkie posty

20.07.2017

Kaczy piknik pod Szydłowcem (20.07.2017)


Duszno, ciężko, ale śmiesznie. Lody w towarzystwie kaczych ludzi, zaś ludzie jak kaczki na spartańskim pikniku. Niestety trochę nas zlało, ale dzięki temu wspólnie pooglądaliśmy końcówkę dzisiejszego Tour de France, a i pies Aslan skorzystał na tym towarzysko.

M.

(20 lipca 2017 / Karol i Marcin / szosa / 97 km)



 

  
Jastrząb
 

 
Rowery się poddały - my nie

 

 


7.07.2017

Muzeum Techniki w Chlewiskach (07.07.2017)


Serdeczne 113 kilometrów ze wspinaczką i zjazdem w Hucisku, do którego przywiało nas pierwszy raz od czasów rowerów górskich. Sympatyczny przystanek w Muzeum Techniki w Chlewiskach, lecz niestety nadal nie wewnątrz (nadrobimy). I w zasadzie centralny punkt wydarzeń: postój na przystanku. Konsumpcja kremowych ciast polecanych przez panią sklepikarkę z marketu obok, arbuza wycenionego na pięćdziesiąt groszy i niezdrowej coca-coli z wymownym napisem "W nieznane".

Po części tak było, bo niby tereny znajome, ale trasy wybierane spontanicznie. Natrafiliśmy na wsie wyglądające jak sprzed co najmniej pół wieku. Dowiedzieliśmy się, że odbędzie się wspaniały koncert disco-polo z bonusową mszą za artystów. Patrzyliśmy na dziewczynę od stóp do głów różowiutką, stojącą kilka metrów od przystanku, w lekkim napięciu wyczekującą rycerza z czarnego Opla. Karol nieznacznie ją wskazał i szepnął zmęczonym głosem: "o, różowa pantera". Zerkaliśmy też na mozolny proces odmulania zbiornika wodnego w Szydłowcu. Powrót kolejny raz był szalony, czasowo tak aby na styk i ciut ponad siły... czyli idealnie.

Więcej na fotografiach.

 M.

(7 lipca 2017 / Marcin i Karol / szosa / 113 km)

 
1902 r.

  
W nieznane

 
Pisiont groszy



"Podczas imprezy zostanie odprawiona modlitwa za artystów"

 

 


 
 Wyżej: piece i zabudowania w Muzeum Techniki
  

 


Odmulanie w Szydłowcu

  





 

Słaba, osłabiająca produkcja filmowa pt. "Osłabłem":

 

26.08.2015

Parowóz w Skarżysko-Kamiennej (26.08.2015)


Pojechaliśmy tam jakoś bez przekonania, więc zmęczenie, znużenie i zdeptana radość towarzyszyła nam przez większość kilometrów. Niby wszystko było w porządku, ale tak naprawdę z każdego z nas wychodziło niewyspanie i prawdopodobnie dziecięcy syndrom braku takich atrakcji, które potrafią pobudzić podczas wyprawy.
Wiem, wiem... sam rower powinien być nagrodą, lecz mimo wszystko inaczej patrzy się na to, gdy wyskakuje się na wieczorne kółko znanym szlakiem, by przypomnieć nogom gdzie ich miejsce, a jeszcze inaczej, kiedy na liczniku miga pięćdziesiąty, siedemdziesiąty, wreszcie setny kilometr, a wokół w sumie nic. A to przecież nie koniec.
 
Nagroda była jedna: parowóz na stacji w docelowej miejscowości. Natomiast kary aż trzy:
 
1. Wspomniane zmęczenie.
 
2. Przeklęty, żeby nie powiedzieć pie%+&*$#y kapeć, w naszym języku zazwyczaj zwany Klątwą Bożka Kapciaka. Pierwszy raz kapeć w szosie.
 
Nie wiem jak długo mordowaliśmy się z moim kołem, by zmienić dętkę bez pomocy łyżek. Było to tak frustrujące, że końcowy naciąg opony udało mi się uzyskać wyłącznie dzięki perspektywie wracania pieszo przez nocne, ciemne i zimne lasy. Wizja 45-50 kilometrów takiej traumy (i obowiązek stawienia się rankiem w pracy) była przerażające i wyzwoliła resztkę sił w palcach. Poza tym chwała Karolowi, że wziął zapasową dętkę i małą pompkę. Cudem udało się nabić może 1-2 atmosfery (z potrzebnych ok. siedmiu).
 
3. Przeklęty chłód, z którym radziliśmy sobie jedynie zwiększaniem tempa, by się rozgrzać. Tym razem troszkę pomogły moje rękawki i bonusowa koszulka schowana w tylnej kieszonce. Podzieliliśmy się tym skromnym odzieniem i tradycyjnie mknęliśmy nocą do domów.

M.

(6 sierpnia 2015 / Marcin i Karol / szosa / 132 km)


Trasa:

Radom – Skaryszew – Iłża – Mirzec – Grzybowa Góra – Skarżysko Kościelne –
Skarżysko-Kamienna – Bliżyn (a w nim guma w moim tylnym kole) –
Szydłowiec – Orońsko – Radom.

  

 

  
Iłża. W tle baszta

  
Gdy mocno zrezygnowany spytałem jakiejś kobiety ile jest do Skarżyska,
ta odparła, że jeden kilometr. I rzeczywiście po kilometrze 
było Skarżysko, ale Kościelne...

  
Skarżysko-Kamienna

 
 Skarżysko-Kamienna. Karol wspina się na górę

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 
 

 
Jadło w barze przy dworcu

  
Jak wyżej, lecz dołączył się ptak

Wyjazd

 
Ku drodze głównej

 
Porażka

 
Sukces

 
Radom. Stary Ogród 


Mapka i przewyższenia

Wjazd do Iłży

15.07.2015

Ruiny huty w Samsonowie, Dąb Bartek i Kot Bidon (15.07.2015)



Za oknem paskudnie. 13 grudnia 2015, niedziela. Kotek z lipcowej bajki dziś jest już wielkim kotem.

* * *

Za oknem wiosennie. 26 grudnia 2015. Kotek nie zmalał. 15 lipca br. wybraliśmy się w trasę częściowo w ciemno, ale z postanowieniem, że na pewno odwiedzimy słynny Dąb Bartek. Żaden opis nie odda kilometrów pędu, radości, mijanych problemów (przez roboty drogowe) i...

* * *

...tam urwał się zapał do pisania. Rok i tydzień temu. Jest 22 lipca 2016 r., wolny, spokojny ranek. Trzeci raz siadam do tego tekstu, by chociaż uzupełnić brakujące wpisy z ponad trzech lat oddawania się rowerowej pasji. Ciężko jednak wykrzesać z siebie te iskry zadowolenia, które napędzały mnie przez wspomniane lata, w chwili, gdy nagle, sam nie wiem czemu, odwróciłem się od tego, co dawało mi tyle radości. Ostatni raz wyskoczyłem na szosę chyba w lutym, a na górala już nie pamiętam kiedy. Do rzeczy.

Kotka spotkaliśmy niemal pod samymi Kielcami. W zasadzie to może on spotkał nas, ponieważ zgubiliśmy główny, szosowy szlak (zauroczeni jakimś stromym i długim zjazdem, pod który nie chciało się nam już wspinać z powrotem) i znaleźliśmy się na końcu maleńkiej wsi. Piach, pola, śliczny widok i tylko domysły, że gdzieś kawałek dalej na pewno znów będzie asfalt. Maleństwo przybiegło znikąd i po standardowym, kocim przywitaniu, postanowiło zrobić wszystko, by już nie zostawać na tym pustkowiu. W okolicznych domach szukaliśmy jego właścicieli, ale nikt nie przyznawał się do futrzaka, a większość napotykanych osób na samą myśl o wzięciu go do siebie, krzywiła się, wzbraniała i wymieniała powody, dla których nie może tego zrobić. Nic nowego i nikomu też nie mieliśmy tego za złe. Wróciliśmy do naszej piaszczystej, polnej drogi i zaczęliśmy wędrówkę ku utwardzonym wstęgom. Kotek biegł, wyprzedzał nas, przebiegał między prowadzonymi kolarzówkami, łasił się, miauczał, zaczepiał o buty. Żal było nawet patrzeć, a tym bardziej go tam zostawiać – był głodny i naprawdę malutki.

Po długim brodzeniu w kamieniach i piachu, udało nam się doturlać do drogi, po której już bez obaw można było gnać w stronę domu. Kotek trafił za rozpinaną bluzę Karola, i raz śpiąc w najlepsze, raz oglądając świat zza kierownicy mknącej szosówki (wyglądał przez rozsunięty suwak), przemierzył z nami blisko 100 km powrotnej drogi. Na krótkich postojach, bardziej ze względu na niego niż na nas, nawadnialiśmy się wszyscy trzej: my z bidonów, a kotek z nakrętki. Przed zmierzchem dojechaliśmy do Starachowic (przejechaliśmy chyba przez całe miasto), a po wyjeździe z jego granic, niewiele w ponad godzinę dotarliśmy do Radomia (za co chwała nadającemu szalone tempo Karolowi, zdeterminowanemu mimo zmęczenia i znużenia).

Dla uczczenia tej kociej historii drapieżny zwierz został nazwany Bidonem. Trafił pod opiekuńcze skrzydła swego wybawcy, a choć już nigdy nie wziął udziału w kolarskiej wyprawie, nieraz przechodząc obok szos, przystaje, dotyka ich łapką i pewnie przypomina sobie swój zwycięski etap Tour de Miau. Wszak wygrał życie.

M.

(15.07.2015 / Karol, Marcin, Kot Bidon / szosa / 180 km)

PS I jeszcze jedno. Cała wyprawa była bardzo ciekawa i zmienna (od wędrówki po rekordy prędkości), ale poza kocią przygodą jej głównymi elementami były:

– możliwość konfrontacji widzianego w dzieciństwie dębu z jego aktualnym stanem i po prostu chęć ujrzenia poczciwego drzewa, pamiętającego epokę średniowiecza,

– niezwykłe ruiny huty, której czasy świetności zaczęły się w 1823 (a powstawała w latach 1818-1822 z inicjatywy Stanisława Staszica). Jak podaje strona miejscowości, w owym czasie była to największa z hut w Królestwie Polskim. Niestety w 1866 zniszczyli ją Rosjanie, mszcząc się za produkcję broni dla uczestników powstania styczniowego, natomiast już w wieku XX – podczas I wojny światowej – dzieła zniszczenia tego ciekawego i wartościowego obiektu dopełnili Austriacy.

F O T O G R A F I C Z N Y   S K R Ó T


W DRODZE


Szydłowiec


"Pojedynek na szosie"
(przypomniał mi się taki film z ciężarówką w roli głównej)


K.


M. 



Piekarnia Telegraf w Samsonowie.
Nabyty zestaw pączków później uratował nam życie


Wielki piec w Samsonowie




 






 
fotografie wyżej: M.

fot. Karol

Pomnik Przyrody Ożywionej - Dąb szypułkowy Bartek


 


 

 

Kot Bidon

 
Nieopodal miejsca spotkania. Chyba niebiosa zesłały kota (fot. K.)

- Dzień dobry. Jadę z wami.
(A w tle rozpaczliwe poszukiwania kociej mamy)

- To się może udać...



Początek pieszej wędrówki we trzech (fot. K.)

Powrót


 
Kielce na horyzoncie


Starachowice

 
Ra



Linki:

Huta: http://samsonow.pl/

Dąb: https://pl.wikipedia.org/wiki/D%C4%85b_Bartek

Bodzentyn i ruiny zamku, które niestety tylko minęliśmy, nawet nie widząc ich dokładnie (przez kota, zbliżający się wieczór i daleką drogę do domu). Jeśli kiedyś pozbieram się kolarsko, na pewno tam zajrzę/ymy): http://zamki.res.pl/bodzentyn.htm