O tym, że w całej Polsce co rusz wybuchają pożary na wysypiskach śmieci, słyszał już chyba każdy. Nieopłacalny wywóz odpadów do Chin, które nałożyły na ten proceder ograniczenia, oczywiście okazał się intratny w przypadku Polski. Nihil novi. I tak biznesmeni z mafii śmieciowej mają się dobrze, natomiast dużo gorzej czuje się Przyroda. Nadejdą dni, gdy nieciekawie poczują się wszyscy, natomiast tego dnia było mi szkoda głównie psów z pobliskiego schroniska dla bezdomnych zwierząt (Radomskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami). Dym wdzierał się na pola obok, frunął nad lasem, przemieszczał się także nad terenem boksów.
Na miejscu znalazłem się prawie przypadkiem. Po wyjechaniu spod szpitala, w którym niestety był wtedy mój tata, zauważyłem wielki słup dymu i pomyślałem, że chyba płonie łąka albo jakiś fragment lasu. Skręciłem w tę stronę. Na miejscu zastałem wiele wozów strażackich. W rozmowie ze strażakiem (już później, podczas ciekawych zajęć w jednostce) dowiedziałem się, że pewne materiały potrafią tlić się latami na głębokości kilkudziesięciu metrów. Wszystkie akcje gaśnicze w takich miejscach jedynie likwidują zewnętrzne objawy i tylko chwilowo neutralizują zagrożenie pożarem. Czy wywołanym celowo? Wiele wskazuje na to, że tak.
Jako dziecko widywałem jeszcze takie wielkie śmieciarki (i polewaczki). Pękate jak beczki toczyły się po ulicach, a mnie zadziwiało to, że panowie śmieciarze nie jadą w ciężarówce, ale z tyłu – na specjalnych stopniach. Niektóre z much, których w ich pracy jest pod dostatkiem, nazywano wtedy śmieciarami. Później zetknąłem się ze śmieciowymi umowami i śmieciowym żarciem. Dzień w dzień, w krainie mlekiem i miodem płynącej, widuję ludzi grzebiących w śmietnikach (w tym jeden z nich to człowiek chory na syllogomanię, czyli patologiczne zbieractwo). W komentarzach politycznych awanturników często słychać słowa o konieczności wysłania kogoś na śmietnik historii. A teraz śmieciową stała się mafia. Co będzie kolejne?
M.
(13.05.2018 / Marcin / szosa)
D A L S Z A D R O G A :
Ostatnie zdjęcie mojego ulubionego świerku –
14 sierpnia wichura złamała tę wielką, piękną choinkę
Nie pamiętam ile wyszło. Pięćdziesiąt? Siedemdziesiąt? Chyba to drugie plus siedem. A może podświadomość próbuje łączyć jakąś symbolikę liczb z poczuciem harmonijności treningu tamtego dnia? Tego nie wiem.
Nie podróż, nie odkrycia, a klasyki naszego katowania się, z krótkim postojem, fotografiami cieni koło sklepu i psem w Olszowej, śmiesznie i bezskutecznie goniącym Karola. A skoro przy tej miejscowości jesteśmy, to wspomnę jeszcze o pewnym skojarzeniu. Po krętym, zapiaszczonym zjeździe, który przy pewnej dozie sił i ambicji może być również podjazdem,można dostrzec maleńką zaporę na strumyku. Ten kawał zardzewiałego metalu zapewne ma jakąś nazwę, ale tytułować jej tamą nie mam odwagi. Być może to śluza, być może jaz. Mniejsza z tym. Za każdym razem, żebym nie wiem jak starał się, by tak nie było, widzę w niej gilotynę. Po chwili przypominam sobie takie daty jak 1789, myślę o Bastylii, o książce M. Folco Z woli boskiej i katowskiej. Następnie głowa tłumaczy głowie, że to ustrojstwo co najwyżej przecina linię ukrytej w rowie wody, a ze ścinaniem łbów ma tyle wspólnego, co ryba z rowerem. Wszystko to dzieje się w jakieś pół sekundy, ale jest absurdalnie uciążliwe. Później rozmyślam już o czym innym. Do tego miejsca może dotrwa z pięć osób. A ponieważ piszę to później (26.08), bo uzupełniam cały ten Pusty Bidon, to dodam ostatnie zdanie. Nikt z nas nie przewidziałby wtedy, że następnym razem zobaczymy się na rowerach dopiero 22 sierpnia. Bardzo niedobrze.
Chyba od roku zbieram się do napisania relacji z tej wyprawy, lecz zebrać się jednak nie mogę. W sumie to lista miejscowości w zupełności mogłaby wystarczyć, gdyby nie fakt, że na takim dystansie trochę się wydarzyło. I powstał niespełna trzyminutowy film.
Poza porannym dąsem Karola po moim klasycznym spóźnieniu, w pierwszą stronę jechało się naprawdę wesoło. Humorów nie zepsuła nam nam nawet goniąca nas wichura, i to taka solidna, z deszczem, burzą, efektami świetlnymi i próbą psychologicznego zgnębienia. Zanim przybyło apogeum, zerkaliśmy na coraz czarniejsze chmurzyska, próbując je przegonić zaimprowizowanym, recytowanym w rytm pracy nóg, wulgarnym wierszykiem:
Nadciąga wielkimi krokami Wielki ch...j z piorunami!
Pamiętam tylko ten romantyczny dystych – wiatr wyszarpał mi z czaszki początek, a całość wplótł w długą, kosmatą brodę. Uratował nas betonowy, cudem napotkany przystanek.
W Odrzywole napotkaliśmy miłego pieska (zaburzyłem chronologię, bo deszcz padał potem), natomiast podczas krótkiego postoju zaczepił nas były radomianin. Opowiadał o tym, jak źle było mu tam, gdzie mieszkał. Narzekał bardziej ode mnie, co akurat doceniam. Marudził, smęcił i jęczał. Teraz ma idealny żywot, bo chwycił Boga za nogi i pałęta się bez zajęcia po Raju. Niestety nie potrafił nam wskazać drogi – na łonie Abrahama czuł się nowym. Zrobiła to pani sklepikarka, u której nabyliśmy lody.
Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejsc, w tym zawsze interesujące mnie stare cmentarze, np. powstańców styczniowych w Ossie (w 1863 stoczono tam zwycięską dla Polaków bitwę) oraz blisko 50 żołnierzy poległych we wrześniu 1939. Nie było jednak szans na częste zatrzymywanie się. Nie odwiedziliśmy też ani ruin zamku w Inowłodzu (XIV w.), ani miejsca śmierci majora Henryka Dobrzańskiego "Hubala" (Anielin).
Na napotkanym odpuście zeszły nam dosłownie sekundy. Podczas gdy Karol kupował kotu nakręcaną mysz (Kot Bidon – jeśli ktoś nie zna, polecam) ja zastanawiałem się nad stylem ubioru jednej z pań. Jej ludowy strój pełen był pięknych, wywiedzionych z lasów, rzek, pól i kurnika motywów. Wszystko wyszyte na eleganckiej, czarnej tkaninie, a do tego... współczesne, czerwone jak koguci grzebień szpilki. Dla jednych brak gustu, dla innych przykład liberalnego podejścia do niegdyś sztywnych form oraz ciekawa korelacja czasów. Mnie się podobało.
Dobra, trzeba kończyć. Przyspieszamy.
W Smardzewicach – w towarzystwie koleżanek: Magdy, Magdaleny i Katarzyny, a przez chwilę innych pań i lubieżnego brodacza – wchłonęliśmy wielki, dwudaniowy obiad, by po chwili, w piątkę, mknąć Kokolotem do Rezerwatu Niebieskie Źródła (geograficznie to obszar Tomaszowa Mazowieckiego). Na miejscu czekały nas:
– urokliwa droga wzdłuż źródliskowych wód, – pogawędka z kaczymi ludzi (w Kronice ptaka nakręcacza, powieści H. Murakamiego, May Kasahara tak nazywała kaczki), – widok Wysp: Płaczących Wierzb, Samotnego Modrzewia i Kacząt (nazwy prawdziwe), – możliwość przyjrzenia się piaskowym gejzerom na dnie zatoczki, – brak zachwalenego błękitu, spowodowany złym kątem ustawienia się Ziemi względem Słońca (pretensje do Kosmosu).
W drodze powrotnej, już bez zgubienia się i drogowej plątaniny, wyskoczył nam pod koła jelonek. Rozpędzony i przerażony. Zauważyliśmy go może dwa metry przed sobą. Ślizgając się na zadzie uniknął kolizji, a potem zerwał się na cztery nogi. Tak szybko, jak się pojawił, tak szybko zniknął. Zanim dotarło do naszych co się stało, było już po wszystkim. I dobrze, bo mogło skończyć się nie tylko na jego strachu i naszym zdziwieniu. A tak w ogóle to był śliczny!
Poza tym wydarzeniem, droga powrotna obyła się bez przygód. Pierwszy postój trwał kilka minut – napełnialiśmy bidony. Drugi też kilka – kolejny raz podziwialiśmy tzw. słońce poboczne (tu też, i jeszcze kiedyś). I tyle.
Z tego, co pamiętam, to prawdziwe zmęczenie zaczęło nam doskwierać jakieś 25 kilometrów przed Radomiem. Twarde, szosowe siodełka zaczęły naprawdę uwierać, a każdy skrawek materiału (może poza wkładką w kolarskich spodenkach) przeszkadzał. Trochę bolały dłonie.
Piwny toast wznieśliśmy po mniej więcej 7 godzinach i 30 minutach pedałowania. Było warto!
M.
(29 czerwca 2017 / Marcin i Karol / szosa / 206 km)
DK48
Moja kochanka
Piesek!
Karol z pieskiem
Piesek bez Karola
"Nadciąga wielkimi krokami..."
Przystanek ratunkowy
Granica województw
Tak mogłoby być częściej
Byle nie wolniej
Pojęcia nie mam
Inowłódź
Myszy
Prawie na miejscu
"Takie palemy w Smardzewicach!" (fot. i słowa: Magdalena)
Zalew Sulejowski (fot. Magdalena)
Parking
Kokolot
fot. Magdalena
fot. Magdalena
fot. Magdalena
fot. Magdalena
W drodze powrotnej
"Zagłębie paprykowe"
Karol
"Maliny, papryka i inne"
Zdążyć przed burzą, zdążyć przed nocą. Resztka słonecznego halo
Kilometraż na tle dokładnej, motywacyjnej mapy
sporządzonej przez Karola
Fotografie:
Pierwsze i wszystkie podpisane imieniem - Magdalena Kokoszczyk
Pozostałe - Marcin Kurek