Spichrz to "budynek, w którym przechowuje się ziarna zbóż" (Słownik poprawnej polszczyzny PWN, red. Witold Doroszewski, PWN, Warszawa 1980). Synonim: spichlerz. Pochodzenie: niem. Speicher, czyli magazyn, skład. Tyle o tytule.
Reszta to 2 i ostatnia część wyprawy 3 listopada 2020 r. Uświadomiłem sobie, że za kilka dni minie rok od nagrania, więc czas najwyższy jakkolwiek złożyć całość. Motywacja do tego typu działań utrzymuje się nadal na poziomie od 0 do 20%, ale skoro zacząłem, to skończę.
Słów kilka skrobnąć by wypadało, ale dam spokój, bo film - dłuższy niż zawsze - mówi o tej małej przygodzie niemal wszystko.
Przed dotarciem na cmentarz, który opisywałem w 2014 (link niżej), zdarzyła mi się typowa dla mnie przygoda. Przystanąłem koło stacji benzynowej, którą z nijakości wyrywa... daruję sobie opis, co. Sami spójrzcie. Ciekawy kontrast.
Gdyby jednak skończyło się tylko na myśli o tym oryginalnym mariażu, byłoby zbyt zwyczajnie. Podszedł do mnie starszy mężczyzna. To samo w sobie było specyficzne, gdyż ludzie tego dnia pojawiali się rzadziej niż gwiazdy na zachmurzonym niebie, a gdy już kogokolwiek się mijało, zerkało się na niego jak na hipotetycznego roznosiciela zarazy. Dziś, po ponad roku, mimo nadal trwających obostrzeń, paniki medialnej i rosnących słupków zakażeń, odnosi się wrażenie urządzenia w pewnym bezświetlnym miejscu (znany cytat sobie odpuszczę - kto zna, ten wie, co mam na myśli). Ów człowiek chyba czytał mi w myślach, bo bez pardonu rozpoczął rozmowę właśnie o cmentarzu, na który jechałem. Jego myśli też nieodparcie wędrowały w podobnym kierunku, ale tak jak mnie skusił rower, tak i on z pasją oddał się puszce zakupionego na wspomnianej stacji piwa. Podczas pogawędki okazało się, że na zapomnianym cmentarzu epidemicznym leży jego pradziadek. Zamurowało mnie. Przypadkowe odkrycia już dawno temu utwierdziły mnie w przekonaniu, że rzeczywistość jest inna niż chciałaby racjonalna część mózgu, a to, co nawet najbardziej logiczne i wynikające z chłodnej statystyki, zawiera w sobie cząstkę niepojętej dziwności, planu lub może bardziej kreacji. Koincydencja zdarzeń.
Opowiedziałem mu o tym. Także się zdziwił. Pożegnaliśmy się, życząc sobie zdrowia, i kilka kilometrów dalej wjechałem w polną drogę. Tym razem nie musiałem przedzierać się przez zagajnik i zarośla. Ktoś oczyścił teren, posprzątał na cmentarzu, a dzięki temu zauważyłem, że po pierwsze mur jest o wiele większy niż sądziłem, a stare płyty nagrobne złożone są nie tylko na jednej pryzmie niemal w centralnym miejscu, ale jest ich o wiele, wiele więcej - w rogach.
Porównałem wspomnienia ze stanem aktualnym, podumałem, coś nagrałem. Znalazłem też nazwisko zmarłego z rodziny napotkanego pana. Urywek z tych chwil poniżej, na filmie i fotografiach.
Pożegnawszy Kamień Kotarwicki, ruszyłem w stronę odwiedzonego przed laty cmentarza cholerycznego. Epidemiczna nekropolia siłą nieodparcie kojarzyła się z tym, co działo się (i dzieje) na świecie. Jednak tamtego dnia patrzyłem na wiele covidowych kwestii inaczej. Zanim dojechałem na miejsce, postanowiłem raz jeszcze nagrać kirkut zniszczony podczas II wojny światowej, na którym spoczywają Żydzi rozstrzelani przez Niemców podczas drogi przed planowanym przewiezieniem ich do obozu w Treblince.
Jak już pisałem, z drogi nie widać nic, chyba że późną jesienią lub zimą. Ponieważ przyroda jeszcze nie w pełni nabrała chęci do pokazania swych wszystkich uroków, tym razem (także przez inny sprzęt) udało mi się lepiej nagrać rozpadający się mur. Ślad pochówków, które odbywał się jeszcze w wieku XIX, i w zasadzie ostatni, poza symboliczną ścianą (z 1982) element przypominający, że tu spoczywają ludzie.
Smutne, zimne, nieprzyjemne miejsce.
Poniżej to samo miejsce w r. 2019, słabiej nagrane, ale lepiej opisane, a wcześniej film z r. 2020.
Kolejny raz dochodzi do absurdu aż tak spóźnionych relacji. Skrócę więc wszystko i niebawem dogonię czas aktualny. A o tych dwóch bunkrach, a w zasadzie to schronach amunicyjnych, dowiedziałem się od Natalii – siostry Aleksandry. Dziękuję. Tym dziwniej mi było, że tych właśnie schronów nie znałem, a mijał je, biegając, Karol.
Początek w stylu iście paradokumentalnym. Brakuje tylko narratora, który wyjaśniłby, kto kim jest w tej historii. Dodał, czego poszczególni bohaterowie "chcą się dowiedzieć", tymczasem żywię nadzieję, iż Wy dowiedzie się czegokolwiek z dzisiejszej przejażdżki.
Zebrałem się fizyczno-psychicznie i siódmego dnia grudnia roku 2019, po przebyciu drogi znanej mi aż za dobrze, wjechałem w las. A dalej...
A dalej niech starczy obraz nagrany. Dodam tylko, że obydwa z nich stanowią niechlubną pozostałość obozu szkoleniowego niemieckiej armii (Heeresgutsbezirk Truppenübungsplatz Mitte Radom), z tak chwalebnymi, typowymi zresztą dla nich kartami, jak wymordowanie jeńców pracujących przy budowie zwiedzanych bunkrów. Kolejne betonowe kloce, jeśli chęci, czas i nogi pozwolą, w 2021. A jest ich mnóstwo, w tym jeden mieszkalny. Pozdrawiam.
Marcin
(7 grudnia 2019 / mtb / zimowa, spokojna przejażdżka: 32 km)
B14
Niby niewielki, a ma w sobie coś bardzo ponurego, przytłaczającego...
B13
A w drodze powrotnej chwila w pustym budynku z rozwalonym stołem, wybebeszonym piecem (standard) i baterią małpek. Widać na końcu filmiku.
Dobry wieczór. Problem z tą historią jest taki, że chciałbym opisać ją najdokładniej jak potrafię. Jednocześnie, z kilku powodów, wolę ograniczyć zapis swych niespokojnych wrażeń. Krakowskim targiem: coś rozbłyśnie, coś przygaśnie.
Przygasło też Słońce, tzn. zaszło (tzn. to też nie, lecz przesunęło Ziemię, co każdy wie, jak również to, że język raz nie dogania rzeczywistości, a raz potrafi ją wykreować). Przygasło bardziej niż się spodziewałem.
W poprzednim "odcinku" nie dotarłem do celu, nasycając fascynację brzydotą wiele kilometrów wcześniej:
Pierwszy film w 90% przepadł (w tym okolice, stara stacja paliw, pierwsze piętro pałacu, klatki schodowe, migawki z powrotu), ale dzięki koleżance Kaśce odzyskałem kopię najbardziej frapującego fragmentu. Umieszczę w filmowej składance (link gdzieś tu będzie). Drugi pod względem dziwności jest czysty, ale cholernie ciemny i źle nagrany, bo dojechałem tam już po zmroku (super...), a resztę dołożył niepokój.
Już w trakcie jazdy, gdy chłód powietrza mieszał się z zimnem zachodzącego, przedzimowego nieba i próbował kolejny raz zniechęcić, na ekranie smartfona pojawił się, pierwszy i ostatni raz w życiu, nietypowy komunikat: Ostrzeżenie! Błąd nagrywania. Całe szczęście po chwili zniknął, co pozwoliło jakkolwiek zarejestrować pamiątkowe migawki z przygody.
Przyznam, że po wjechaniu do docelowej wsi nie czułem się najlepiej. Liczyłem na resztki światła, a co za tym idzie na lepszą ocenę sytuacji od frontowej strony, za XIX-wiecznym murem. Nie wiedząc, czy nie spotkam się z kategorycznym "halt", mając w nogach połowę drogi i perspektywę nocnego powrotu bez dobrej, przedniej lampy (auta mnie widziały, ale światło punktowe niewiele daje oczom samego rowerzysty), postanowiłem dostać się do nieprzyjemnego pałacu od strony pól. Mijałem kolejne gospodarcze, opuszczone zabudowania, poukrywane w zaroślach za wielkimi, betonowymi płytami, niegdyś oddzielającymi ogromne porcje kiszonki. Zabawne: znać takie coś dzięki epizodowi gry w pozytywny, wyciszający "Farming Simulator", a zarazem na żywo czuć przy tej samej konstrukcji może nie przestrach, ale ciężką atmosferę czegoś tak prozaicznego. W grze jednak przez pola jeździ się dobrze oświetlonym ciągnikiem, za składem rolniczym kwitnie życie, a w życiu: straszą VIII-wieczne kapliczki, opuszczone magazyny i pomieszczenia gospodarcze, a dalej nadal nie odwiedzona chata z lat świetności zabytku i główny bohater miejsca poza mną: lokum hipotetycznego ducha (chyba płci żeńskiej), ściana z czarnym napisem "help me", a obok moje inicjały. Dodawszy do tego ciemność, bagnisty teren, późną i niewesołą jesień, strach przed kontaktem z ochroną i wcześniejsze wspomnienia, otrzymujemy gar z mrocznym bigosem, który niejedną osobę by pognał na sedes, a mnie... no właśnie, akurat tylko do sedesu nie wszedłem, przez co wewnętrznie cierpię i czuję, że wbrew danej sobie obietnicy, jeszcze kiedyś tam zajrzę.
Na przełomie 2020/2021 natknąłem się na enigmatyczny wpis pewnej kobiety o miejscu, które to od razu skojarzyło mi się właśnie z tym. Odezwałem się do niej. Tak, była w tym samym budynku. Sama, więc tym bardziej trochę się obawiała. I najciekawsze: na jednym ze zdjęć też ma swoistą usterkę, przywodzącą na myśl ludzką sylwetkę.
Tym razem pałac zobaczyłem dużo wcześniej. O tej porze roku nie kryły go aż tak bardzo zarośla. Stanąłem przed nim. Ten moment ciekawie podsumowała moja żona, zniechęcająca mnie do drugiej, a tym bardziej trzeciej (bo kto wie) wizyty: "Jak było? Pewnie patrzyły z pierwszego piętra i wołały: panie Marcinie! Jesteśmy! Czekamy! Zapraszamy!".
Wewnątrz było paskudnie. Wyostrzone zmysły, wyczekujące najmniejszej choćby anomalii. Wyobraźnia. Szybkie porównanie z zapamiętanym obrazem i wniosek: więcej drzwi otwartych. Ktoś tu był. Główne schody w jeszcze gorszym stanie. Boczne, wąskie, przeznaczone dla w tamtych latach "ludzi gorszych", mają się o niebo lepiej. Święcący triumfy w inscenizowanych nagraniach paranormalnych Tim Morozov zapewne krzyknąłby "Piekło!" (w polskiej opcji tłumaczeń co chwilę) i zaczęłaby się seria budzących lęk (i śmiech – kwestia nastawienia, przekonań i danej sceny) wizualnych ściem.
Ja ściemniał nie będę. Intrygowała mnie możność upewnienia się, że to nie był miraż. Obawiałem się kłopotów ze strony pilnującej innej części tego obszaru ochrony i stąd zbyt nisko świecące światło w telefonie – wolałem unikać okien. Przemknąłem przez wszystkie, poza zapomnianą toaletą, wszystkie z dostępnych pomieszczeń. Strychu raczej tam nie ma (co widać). Jak jest z piwnicą, nie wiem. Na pewno po prawej stronie mniejszych schodów, za ścianą z drewna, jest jeszcze jedno pomieszczenie. Białe. Mignęło mi w szczelinie widzianej na nagraniu. Wypadałoby więc wybrać się tam po raz trzeci. Może tym razem o świcie. Zahaczyć o dom bardzo stary obok. Czuję, że tak zrobię.
Powrót fatalny. Mokradła minąłem trzymany jeszcze adrenaliną i ekscytacją. Na filmie przeleciało tam małe, ciekawe światło. Dotarłem do szosy. Ruszyłem w stronę domu. Gonił mnie pies, co zdarza się raz na trzy lata, nie częściej. Ciemność, ciemność, ciemność. Ciemność tak obrzydliwa, że nie byłem w stanie trzymać się prostej linii jazdy. Dramat i porażka. Aktualnie nic bardziej mnie w rowerze nie cieszy, niż otrzymany prezent: lampa na akumulator, gnająca lumeny na dziesiątki metrów w dal, przeganiająca wszelkie niebezpieczeństwa, takie jak milicyjne mandaty, wypadki, zjawy, a także upadki, po których bolą gnaty.
Wreszcie pierwsza latarnia. Poprzedniego dnia była ostatnią, przez co zrezygnowałem. Tym razem podniosłem poprzeczkę głupoty. Przez resztę drogi już częściej coś lśniło, a ja wróciłem bardzo zadowolony. Ile kilometrów? Nie pamiętam. Znajdę w notatkach, to liczba znajdzie się pod podpisem.
Po wszystkim przez kilka nocy długo dręczyły mnie sny o pałacu. W ostatnim, tuż obok ruiny znajdowały się bardzo stare groby, a potem pod pałacem zapadła się ziemia i zniknął. Na zawsze. Niczym w balladzie Mickiewicza po scenie z przybyciem z zaświatów zamordowanego człowieka. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak źle go odbieram. Aura? Wrodzona wrażliwość? Może coś jeszcze, ale o tym już nie dziś. Dziękuję tym, którzy przeczytali. Dobrej nocy!
Marcin
(17 listopada 2019 / mtb / 45 km)
PS Zdjęć mało, bo nie ma kiedy. Albo jedno, albo drugie – niestety. Kolejna historia będzie militarna. Mam nadzieję, że szybko się zbiorę do jej napisania. Film mam prawie złożony. Ten z pałacu jeszcze nie, ale niebawem się za niego wezmę. Na dziś wystarczy.