1.05.2015

Z kwietnia i maja (IV-V 2015)



Czytałem kiedyś recenzję jakiegoś filmu z gatunku 18+, w której autor użył mniej więcej takiego sformułowania: "dodatkowym atutem obrazu jest brak dialogów, co dodaje tajemniczości fabule". Jednozdaniowa relacja Karola, z wielokilometrowych treningów i tras, wydaje mi się w jakiś sposób inspirowana tamtym opisem. Tak mało słów, tak wiele wrażeń. Zapraszam w imieniu kolegów.
M.

(kwiecień-maj 2015 / Karol, Łukasz, Przemek / mtb)


Zlepek wypraw z z przełomu kwietnia i maja, krótszych i dłuższych, szlakami znanymi, i zupełnie nowymi.

Karol

Miejsca:
Puszcza Kozienicka, Kazimierz Dolny, okolice Radomia
Uczestnicy: 
Karol, Przemek i Karol, Łukasz i Karol



Przemek

Łukasz







fot. Karol

8.04.2015

W poszukiwaniu wiosny (08.04.2015)



Istnieją ludzie, którzy nie ufają wszystkim na słowo i póki sami czegoś nie doświadczą, nie przyklasną powszechnym opiniom. Nie wierzą tym, którzy po to, by zmarznąć i udawać, że jest bardzo ciepło, zdejmują czapki z powodu pierwszego światła zza chmur. Nie widzą też nic radosnego w samym obwieszczeniu: „nadeszła wiosna”.

Ósmego kwietnia dwa tysiące piętnastego roku (a nie dwu tysięcznego, jak różne indywidua przywykły mawiać) pewien maruda wsiadł na rower z misją odnalezienia tak zachwalanej pory roku. Jadąc spokojnie po miejskich ulicach, mijał kobiety w strojach stylizowanych na te wiosenne, ale były to tylko drobne, poszczególne elementy. W sumie z zadowoleniem zauważył, iż eleganckie, jesienne akcenty, nadal wiodą prym pośród niewiast. Wyjeżdżając z miasta rzucił okiem za mur rozległego, komunalnego cmentarza. Nie brakowało tam barw – łąk sztucznych kwiatów. I ognie lśniły w szklanych oprawach, a światło kpiło z kruchości żywota. Jeżeli była tam wiosna, to chyba pod jednym z marmurów.

Wjazd w przypadkową ścieżkę do równie przypadkowego lasu także nie przyniósł mu nic poza obrazem brązowych liści i krajobrazów tak wymarłych, jak te pomiędzy listopadem, a ciepłym styczniem. Szarość dnia głębsza niż ubarwienie skrytego w gałęziach pieska, wydającego jakieś niemiłe pomruki i próbującego wciągnąć cyklistę w odmianę najpopularniejszej na świecie gry, czyli "kto przeżyje?".

On i czworonóg. Poganiali się, pobiegali, powarczeli na siebie i używali różnych wyrazów w swych odmiennych językach. Machali. Człowiek kijem, a pies nie ogonem, lecz łbem. W końcu znudziło się im obydwóm, i zziajani, radośni z powodu dalszego istnienia, rozstali się. Oby na wieki.

Poszukiwacz wyjechał z lasu i na rozległej łące skręcił w prawo. Jechał wzdłuż wąskiego strumienia. Przystanął przy niewielkich zaroślach, a w chwili, gdy już miał wykrzyknąć: „oto i wiosna!” (bo dostrzegł młodziutkie, żółto-zielone bazie), jego uwagę zwrócił związany grubym sznurem wór. Z rozerwanej powłoki wystawał drobny rząd żeber... Rowerzysta odruchowo się wzdrygnął. Człowiek? Podszedł bliżej. Szkielet psa leżał na skraju strumienia, nienaturalnie wykręcony. Ciekawe jakiej bestii się znudził? Ludzie dzień w dzień dręczą i zabijają siebie nawzajem – czym więc jest taki pies?

Uczuciowe kalectwo. Psychopatyczny brak empatii. Okropność.

Kolejne kilometry. Przy drodze w kierunku Warszawy rząd opuszczonych, doszczętnie zniszczonych domów. Resztki ścian, zarysy okien, fragmenty kominów, mebli i naczyń. Pośród nich żółcą się trzy ledwo żywe mlecze.

Przeskok na drugą stronę szosy i pierwszą w prawo gdzieś dalej, przez wsie puste i obce. W sklepie, na proste pytanie, czy są banany, pada odpowiedź:

– Marcin?
Kupujący pyta więc drugi raz czy dostanie ten ożywczy pokarm i znów słyszy:
– Marcin? Tak?
– Tak... Marcin. O, Artek... cześć!
– Tak myślałem – odpowiada sprzedawca ze śmiechem. – Jeszcze mam całkiem dobrą pamięć.

Krótka, uprzejma wymiana zdań z kolegą z dzieciństwa, autorem pierwszego zabawnego tuningu roweru autora tych słów. Powrót na rower. A dalej utrudniające życie miejscowym ludziom, ale dość ładnie wyglądające, zalane tereny. Jak zwykle kontrast.

Las kilka kilometrów od domu. Zrezygnowany wzrok pada na kubek z logo McDonald’s – niemal nowiutki, pewnie dopiero co rzucony pod drzewo przez jakąś bezmyślną łachudrę. Jak wszędzie, jak zawsze.

Jest. Kilka metrów obok. Metr na metr. Biała z zielonym środkiem. Można było darować sobie całą tę przygnębiającą wyprawę i po prostu przejść się piechotą trzy kilometry, by zobaczyć ją pod postacią kilku kwiatów. Ślicznych zawilców, poetycko zwanych anemonami.Dopełniły tytułu.

M.

(08.04.2015 / mtb)








 

 







14.02.2015

Śnieżny Ikar (14.02.2015)


 


Walentynkowy Rajd Rowerowy, jak oczywiście żartobliwie pozwoliliśmy sobie nazwać tę śnieżną trasę, rozpoczęliśmy rozmową na temat różnorakiego rozumienia istoty miłosnych zabaw. Trwało to jednak chwilę, i zanim łzy wzruszenia skropiły nasze oblicza, ruszyliśmy przed siebie – silni, dzielni, odważni i pełni wiary w nieoblodzone, odśnieżone wiatrem drogi. Tak się jednak złożyło, że już kilka kilometrów za Radomiem, po wjeździe do lasu, naszym oczom ukazał się wielokilometrowy, biały szlak. Tam, gdzie Słońce raczyło dłużej przygrzewać, zmieniał się on w przykrą breję, ale większość trasy dała się poznać jako czystej próby lód, lekko skropiony przymarzającym do niej puchem.

Jeździło się po tym różnie. A gdy już nogi przyzwyczaiły się do większego wysiłku, zaś układ równowagi zgasił lampkę informującą o najwyższym stopniu zagrożenia upadkiem, Karola poniosło piękno rowerowego lotu i na jednym z wiraży wydawał mi się kolarskim Ikarem. Byłem może metr za nim i dosłownie zdążyłem pomyśleć, że za chwilę to skończy się tragicznie, gdy nagle runął na lodowatą powierzchnię, a jego przewracające się ciało, zrośnięte z maszyną za pomocą boskiego systemu pedałów zatrzaskowych zwanych SPD, zahaczyło o moje biodro i próbowało także mną cisnąć o ziemię.

Uniknąłem upadku, natomiast Karolowi – bogom po trzykroć chwała – poza rozciętym kolanem i stłuczeniami, nie stało się nic poważnego. Pouczający upadek, okraszony głośnym, polskim przecinkiem, stał się doskonałym pretekstem do krótkiej sesji fotograficznej i podziwiania lasu. I choć rdzenne, pogańskie obrzędy związane z czerwcowym przesileniem Słońca, często niefortunnie porównywane do zachodnich Walentynek, są mi duchowo bliższe, to jednak z humorem podchodząc do zagadnienia, tego dnia wyznawaliśmy uwielbienie swoim kobietom, oczywiście rowerom i przyjacielsko – sobie samym. Było to zabawnym zakończeniem trasy okupionej kraksą, hektolitrami błota i zmarzniętymi dłońmi, ale jak zawsze w całej swej różnorodności jedynej, wpisanej w pamięć i cykl naszych kolarskich wypadów w głąb psychiki, odporności fizycznej i cudowności Natury.

M.


(14.02.2015 / Karol i Marcin / mtb / 62 km)