15.07.2017

Koci kolarze (15.07.2017)



Po wczorajszej srogiej prawie stówce (bez pięciu, ale po świętokrzyskim) czuliśmy się tak zniszczeni, że postanowiliśmy leczyć się w taki sposób, w jaki pijacy proponują wszystkim wyczerpanym walką z kacem. Wyszliśmy więc tylko po to, aby "rozruszać masę mięśniową" [cytat z tegorocznego Tour de France], ale nie mogło być zbyt spokojne. Oto po raz kolejny spotkaliśmy kotka. Siedział w rowie i zerkał. Obejrzeliśmy się za nim, a Karol – jak przystało na kociego tatę i faceta kociej mamy – jęknął boleśnie i postanowił, że dobrze, pokonamy planowaną trasę, ale później sprawdzimy czy smętny kot nadal tkwi w smętnym miejscu. Oczywiście tkwił.

No i zabrał się z nami. Pierwszy kot, dokładnie dwa lata temu (sic!), przyjechał prawie spod Kielc i wabi się Bidon (pełna historia tutaj: Kot Bidon), a ten prawdopodobnie zostanie Wentylem. Chętnych do przygarnięcia prosimy o kontakt.

M.

PS To jednak kociczka.

(15 lipca 2017 / Karol i Marcin / szosa)





14.07.2017

Zalew w Iłży (14.07.2017)


Prawie sto kilometrów śmiesznych rozmów (gdy najwolniej), śmiesznego bólu w nogach (gdy najszybciej), i śmieszna scenką nad Zalewem w Iłży (pan z lornetką na plaży pod wyraźnym urokiem jednej z pań). Ogólnie śmiesznie. 

Zalew utworzono dzięki rzece Iłżance, która w okolicy Iłży tak zwiększa swą szerokość, że praktycznie staje się tzw. jeziorem przepływowym. Sympatyczne, spokojne miejsce, z niewielką plażą, przyjemnym parkiem i placem zabaw.


Po drodze natknęliśmy się na obchody IV Gminnego Dnia Radości w Kowali, którego program obejmował m. in. "radosne animacje" i "wesołe grillowanie".

M.

PS ...i leciał wzdłuż drogi chyba myszołów – jakby z nami. Piękny widok. 

(14 lipca 2017 / Karol i Marcin / szosa / 94 km)

 

 
Gdzieś w tle wspomniany ptak

 

 
Baszta w Iłży

 

 

 

  

 

Dla zainteresowanych: Plaża nad rzeką Iłżanką,
a niżej marny film z fragmentami tego dnia.


7.07.2017

Muzeum Techniki w Chlewiskach (07.07.2017)


Serdeczne 113 kilometrów ze wspinaczką i zjazdem w Hucisku, do którego przywiało nas pierwszy raz od czasów rowerów górskich. Sympatyczny przystanek w Muzeum Techniki w Chlewiskach, lecz niestety nadal nie wewnątrz (nadrobimy). I w zasadzie centralny punkt wydarzeń: postój na przystanku. Konsumpcja kremowych ciast polecanych przez panią sklepikarkę z marketu obok, arbuza wycenionego na pięćdziesiąt groszy i niezdrowej coca-coli z wymownym napisem "W nieznane".

Po części tak było, bo niby tereny znajome, ale trasy wybierane spontanicznie. Natrafiliśmy na wsie wyglądające jak sprzed co najmniej pół wieku. Dowiedzieliśmy się, że odbędzie się wspaniały koncert disco-polo z bonusową mszą za artystów. Patrzyliśmy na dziewczynę od stóp do głów różowiutką, stojącą kilka metrów od przystanku, w lekkim napięciu wyczekującą rycerza z czarnego Opla. Karol nieznacznie ją wskazał i szepnął zmęczonym głosem: "o, różowa pantera". Zerkaliśmy też na mozolny proces odmulania zbiornika wodnego w Szydłowcu. Powrót kolejny raz był szalony, czasowo tak aby na styk i ciut ponad siły... czyli idealnie.

Więcej na fotografiach.

 M.

(7 lipca 2017 / Marcin i Karol / szosa / 113 km)

 
1902 r.

  
W nieznane

 
Pisiont groszy



"Podczas imprezy zostanie odprawiona modlitwa za artystów"

 

 


 
 Wyżej: piece i zabudowania w Muzeum Techniki
  

 


Odmulanie w Szydłowcu

  





 

Słaba, osłabiająca produkcja filmowa pt. "Osłabłem":